– Pani Etnorio zaraz wysyłam po Panią samochód coś dziwnego dzieje się w moim domu.
Rozmawiałam z jednym z czołowych polityków naszej sceny politycznej.
– Nic z tego drogi Panie właśnie przyleciałam do Grecji
– A kiedy Pani wraca do kraju?
– Nie prędko – odpowiedziałam i odłożyłam słuchawkę
Przez dwa tygodnie telefon dzwonił jak oszalały, Pan Janusz nie dawał mi spokoju.
– Będzie Pani w przyszłym tygodniu u mnie?
– Będę – obiecałam
Wczesnym popołudniem dotarliśmy na miejsce. Nowy dom, spory ogród, garaż na dwa samochody w jednej z podwarszawskich miejscowości jakoś nie wzbudził moich obaw.
-Jak się Pani u mnie podoba? – zapytał uradowany Janusz.
– Ładny – pochwaliłam, miałam wrażenie że liczył na więcej komplementów i innego rodzaju. Pan Janusz od razu przystąpił do rzeczy.
– Od kiedy się tu wprowadziłem nie śpię po nocach. Mam ataki lęków boje się że zginę w wypadku samochodowym. To bardzo realne wizje Pani Etnorio. – popatrzył na mnie z pod czoła
– Nic mnie nie cieszy ale za to wszystko boli.
To starość pomyślałam ale nie powiedziałam ani słowa.
– A kampania nabiera tempa sama Pani rozumie.
– Rozumiem – przytaknęłam
Weszliśmy do domu. Przestronne nowoczesne wnętrze w formie otwartej przestrzeni robiły wrażenie. Ale coś było nie tak. Miałam wrażenie że ktoś mnie obserwuje. W salonie mój wzrok przykuła ściana. Udekorowana maskami. Cztery przeraźliwie wykrzywione w złowieszczych grymasach maski wisiały nad komodą. Po plecach przeszedł mnie dreszcz.
– Co to jest zapytałam?
– A to maski, ponoć rytualne. Małgosia je tu powiesiła. Maja prawdziwe włosy a znajomy dentysta usiłował mi wmówić że mają ludzkie zęby.
– Cos takiego? Brał Pan pod uwagę że może mieć rację?
Janusz stał jak wryty. Nie miałam wątpliwości że emanuje od nich zła energia. Podeszłam bliżej. Z bliska maski wyglądały jeszcze bardziej upiornie
– Zdejmujemy je. – zarządziłam.
– Trzeba odprawić rytuał a maski spalić.
– Mowy nie ma – zaprotestował Pan Janusz.
– Co maski mają do moich bolączek.
– Oj mają i to więcej niż może się Pan spodziewać.
– Ale Pani Etnorio nie ustępował Janusz, one nadają całemu wnętrzu pazur, nie mogę się ich pozbyć.
Straciłam cierpliwość
– Panie Januszu albo pozbędzie się Pan masek albo przegra Pan wybory. – tym razem trafiłam w sedno. Maski zniknęły ze ściany.
W drodze powrotnej zadzwoniłam do Małgosi. To nasza wspólna znajoma która zajmuje się dekorowaniem wnętrz.
– Małgosia gdzie kupiłaś te nieszczęsne maski które wisiały na ścianie u Janusza – zapytałam wprost
– Dostałam je od księdza Macieja.
Akurat takiego darczyńcy się absolutnie nie spodziewałam. Ksiądz Maciej był proboszczem w parafii oddalonej o 70 km od Warszawy. A przy tym przesympatycznym człowiekiem. Zawróciłam samochód i już po godzinie piłam kawę w dobrze znanej mi parafii.
– A o maski chodzi? Dałem je Małgosi strasznie się jej podobały a mnie jakoś nie przypadły do gustu.
– Mogę wiedzieć skąd je ksiądz ma?
– Po śmierci mojej serdecznej przyjaciółki Barbary, rodzina oddała jej rzeczy na kościół. Część spieniężył antykwariusz a część została na plebanii. Ale dlaczego się tym interesujesz?
-A ksiądz wie w jaki sposób znajoma weszła w posiadanie tych masek?
– Nie – pokręcił przecząco głową
– Ale może Wojciechowa coś wie, sprzątała u Barbary przez długie lata. – zbliżył obie dłonie do ust i głośno zawołał
– Wojciechowo, Wojciechowo….
Po chwili w saloniku stanęła maleńka zasuszona kobieta.
– Widziała Pani u Barbary te maski które zabrała Małgosia
Kobieta przytaknęła głową i splunęła na podłogę. Ksiądz udawał że nic nie zauważył i pytał dalej.
– Wie Pani skąd je miała?
– Znalazła – odburknęła Wojciechowa.
– Gdzie!?! – zapytaliśmy jednocześnie
– W starej cegielni podczas spaceru z psem. Mówiłam, prosiłam ostrzegałam żeby się ich pozbyła – zawodziła Wojciechowa.
Wojciechowa przysunęła się bliżej mnie i szepnęła mi wprost do ucha.
– Te maski są przeklęte. Jak Pani Barbara przyniosła je do domu zaraz kury przestały się nieść, pies po nocach wył a Pani Barbara zaczęła chorować. Ale kto by tam słuchał Wojciechowej. I zmarła nam Pani Basia – biedaczka.
Wojciechowa otarła łzy rąbkiem fartucha.
– Powiem Pani bo widzę że Pani mądra kobieta jest, że te maski strasznie śmierdziały starym capem. A jak by tego było mało, to wyciekała z mich jakaś lepka brązowa wydzielina. Zawsze na jesieni – dodała szeptem Wojciechowa.
Za kilka miesięcy zadzwonił Janusz.
– Pani Etnorio pamięta Pani moje maski?
– Owszem – przytaknęłam
– A ma je Pani jeszcze?
– A do czego ta wiedza jest Panu potrzebna?
– Bo widzi Pani mój konkurent polityczny kupił dom i Małgosia go urządza. Gdyby tak przed wyborami udekorować mu tymi maskami salon?
– Pani Etnorio zaraz wysyłam po Panią samochód coś dziwnego dzieje się w moim domu.
Rozmawiałam z jednym z czołowych polityków naszej sceny politycznej.
– Nic z tego drogi Panie właśnie przyleciałam do Grecji
– A kiedy Pani wraca do kraju?
– Nie prędko – odpowiedziałam i odłożyłam słuchawkę
Przez dwa tygodnie telefon dzwonił jak oszalały, Pan Janusz nie dawał mi spokoju.
– Będzie Pani w przyszłym tygodniu u mnie?
– Będę – obiecałam
Wczesnym popołudniem dotarliśmy na miejsce. Nowy dom, spory ogród, garaż na dwa samochody w jednej z podwarszawskich miejscowości jakoś nie wzbudził moich obaw.
-Jak się Pani u mnie podoba? – zapytał uradowany Janusz.
– Ładny – pochwaliłam, miałam wrażenie że liczył na więcej komplementów i innego rodzaju. Pan Janusz od razu przystąpił do rzeczy.
– Od kiedy się tu wprowadziłem nie śpię po nocach. Mam ataki lęków boje się że zginę w wypadku samochodowym. To bardzo realne wizje Pani Etnorio. – popatrzył na mnie z pod czoła
– Nic mnie nie cieszy ale za to wszystko boli.
To starość pomyślałam ale nie powiedziałam ani słowa.
– A kampania nabiera tempa sama Pani rozumie.
– Rozumiem – przytaknęłam
Weszliśmy do domu. Przestronne nowoczesne wnętrze w formie otwartej przestrzeni robiły wrażenie. Ale coś było nie tak. Miałam wrażenie że ktoś mnie obserwuje. W salonie mój wzrok przykuła ściana. Udekorowana maskami. Cztery przeraźliwie wykrzywione w złowieszczych grymasach maski wisiały nad komodą. Po plecach przeszedł mnie dreszcz.
– Co to jest zapytałam?
– A to maski, ponoć rytualne. Małgosia je tu powiesiła. Maja prawdziwe włosy a znajomy dentysta usiłował mi wmówić że mają ludzkie zęby.
– Cos takiego? Brał Pan pod uwagę że może mieć rację?
Janusz stał jak wryty. Nie miałam wątpliwości że emanuje od nich zła energia. Podeszłam bliżej. Z bliska maski wyglądały jeszcze bardziej upiornie
– Zdejmujemy je. – zarządziłam.
– Trzeba odprawić rytuał a maski spalić.
– Mowy nie ma – zaprotestował Pan Janusz.
– Co maski mają do moich bolączek.
– Oj mają i to więcej niż może się Pan spodziewać.
– Ale Pani Etnorio nie ustępował Janusz, one nadają całemu wnętrzu pazur, nie mogę się ich pozbyć.
Straciłam cierpliwość
– Panie Januszu albo pozbędzie się Pan masek albo przegra Pan wybory. – tym razem trafiłam w sedno. Maski zniknęły ze ściany.
W drodze powrotnej zadzwoniłam do Małgosi. To nasza wspólna znajoma która zajmuje się dekorowaniem wnętrz.
– Małgosia gdzie kupiłaś te nieszczęsne maski które wisiały na ścianie u Janusza – zapytałam wprost
– Dostałam je od księdza Macieja.
Akurat takiego darczyńcy się absolutnie nie spodziewałam. Ksiądz Maciej był proboszczem w parafii oddalonej o 70 km od Warszawy. A przy tym przesympatycznym człowiekiem. Zawróciłam samochód i już po godzinie piłam kawę w dobrze znanej mi parafii.
– A o maski chodzi? Dałem je Małgosi strasznie się jej podobały a mnie jakoś nie przypadły do gustu.
– Mogę wiedzieć skąd je ksiądz ma?
– Po śmierci mojej serdecznej przyjaciółki Barbary, rodzina oddała jej rzeczy na kościół. Część spieniężył antykwariusz a część została na plebanii. Ale dlaczego się tym interesujesz?
-A ksiądz wie w jaki sposób znajoma weszła w posiadanie tych masek?
– Nie – pokręcił przecząco głową
– Ale może Wojciechowa coś wie, sprzątała u Barbary przez długie lata. – zbliżył obie dłonie do ust i głośno zawołał
– Wojciechowo, Wojciechowo….
Po chwili w saloniku stanęła maleńka zasuszona kobieta.
– Widziała Pani u Barbary te maski które zabrała Małgosia
Kobieta przytaknęła głową i splunęła na podłogę. Ksiądz udawał że nic nie zauważył i pytał dalej.
– Wie Pani skąd je miała?
– Znalazła – odburknęła Wojciechowa.
– Gdzie!?! – zapytaliśmy jednocześnie
– W starej cegielni podczas spaceru z psem. Mówiłam, prosiłam ostrzegałam żeby się ich pozbyła – zawodziła Wojciechowa.
Wojciechowa przysunęła się bliżej mnie i szepnęła mi wprost do ucha.
– Te maski są przeklęte. Jak Pani Barbara przyniosła je do domu zaraz kury przestały się nieść, pies po nocach wył a Pani Barbara zaczęła chorować. Ale kto by tam słuchał Wojciechowej. I zmarła nam Pani Basia – biedaczka.
Wojciechowa otarła łzy rąbkiem fartucha.
– Powiem Pani bo widzę że Pani mądra kobieta jest, że te maski strasznie śmierdziały starym capem. A jak by tego było mało, to wyciekała z mich jakaś lepka brązowa wydzielina. Zawsze na jesieni – dodała szeptem Wojciechowa.
Za kilka miesięcy zadzwonił Janusz.
– Pani Etnorio pamięta Pani moje maski?
– Owszem – przytaknęłam
– A ma je Pani jeszcze?
– A do czego ta wiedza jest Panu potrzebna?
– Bo widzi Pani mój konkurent polityczny kupił dom i Małgosia go urządza. Gdyby tak przed wyborami udekorować mu tymi maskami salon?
Autor Etnoria Aris



