-Etnoria przyjedź do Nas. Zawsze odmawiasz zasłaniając się brakiem czasu.
Kaśka dzwoniła do mnie z Edynburga. Mieszkała tam już 6 rok. A ja jeszcze u niej nie byłam. Ciągle coś stawało na przeszkodzie żeby do niej polecieć. Minęły 2 tygodnie. Dwudziestego trzeciego listopada zadzwonił telefon.
– Wszystkiego najlepszego – usłyszałam w słuchawce rozradowany głos Kaśki
-Życzę Ci 100 lat i udanego lotu.
– Jakiego lotu? – zapytałam zaspana
– Do Edynburga
– Kupiłam Ci bilety. Zapraszam na Andrzejki. To prezent dla Ciebie z okazji urodzin. Teraz nie możesz mi odmówić. Prezentu przecież się nie odrzuca.
Do Warszawy przyjechałam rano. Lotnisko Chopina spowiła gęsta mgła. Lot najpierw opóźnił się o godzinę a potem o kolejną. W końcu usiadłam w wygodnym fotelu. Zamknęłam oczy i czekałam na ulubioną chwile kiedy samolot oderwie się od ziemi. Zawsze wtedy ogarnia mnie uczucie nieograniczonego szczęścia i wolności. A po nim przychodzi spokój. Lot Trwał 4 godziny. Na lotnisku czekała na mnie Kaśka ze swoim partnerem. Wypatrzyła mnie z daleka i machała do mnie ręką.
-Jak dobrze Cię widzieć – moja przyjaciółka przytuliła mnie mocno.
– Poznaj Quinna.
Mężczyzna podszedł do mnie i podał mi rękę.
– Mów mi Franek – powiedział do mnie łamaną polszczyzną uśmiechając się przy tym serdecznie.
Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę centrum.
– To tylko 14 kilometrów- szczebiotała Kaśka.
– Teraz mieszkamy na starówce. Miejsce jest urocze spodoba Ci się.
Mieszkanko rzeczywiście okazało się przytulne. Trzy maleńkie pokoje i duża obszerna kuchnia a na jej środku stała ogromna żeliwna wanna na lwich łapach. Która od razu przypadła mi do gustu. Po kolacji Franek usiadł naprzeciwko mnie. Zauważyłam że przygląda mi się uważnie.
– Jesteś wiedźmą? – zapytał
Przytaknęłam.
– Widzę. I to nie byle jaką.
Nie kontynuowaliśmy tej rozmowy bo w tym momencie zadzwonił telefon. Dzwoniła moja mama. I rozmowa zeszła na inny temat. Andrzejki spędzaliśmy w pubie. Kilka ulic dalej od domu z przyjaciółmi Franka. Po 22 pożegnałam rozbawione towarzystwo bo chciałam być sama. Spacerowałam wąskimi ulicami Edynburga. W którymś momencie stanęłam jak wryta. Na małym placyku zobaczyłam studnię a obok niej siedziała skulona postać. Plac był dobrze oświetlony. Ale na studnie padał cień który pogrążał ją w mroku. Patrzyłam na skuloną postać i instynktownie czułam że to kobieta. Zrobiłam kilka kroków w jej stronę a ona wstała i popatrzyła na mnie w taki sposób że przeszły mnie ciarki po plecach. Stałyśmy naprzeciwko siebie mierząc się wzrokiem. Po dłuższej chwili kobieta podeszła do mnie i bez słowa podała mi przedmiot zawinięty w szary papier. A ja go od niej wzięłam. Choć nie mam w zwyczaju przyjmować czegokolwiek od obcych ludzi. Byłam pod ogromnym wrażeniem tej kobiety. Stałam tam jeszcze kilka minut. Kobieta przeszła obok mnie i rozpłynęła się w mroku jak zjawa. Uświadomiłam sobie co się stało. Pobiegłam za nią z zamiarem oddania jej zawiniątka. Ale nie było po niej śladu. Po prostu zniknęła. A ja w dalszym ciągu trzymałam zawiniątko w dłoni. Podeszłam pod wystawowe okno. W świetle witryny rozpakowałam papier. W środku znalazłam coś co wprawiło mnie w stan totalnego osłupienia. W pomiętym papierze leżał gwóźdź. Wyglądał na stary ale nie był pokryty rdzą. Pod palcami wyczułam napis ale w tym świetle nie mogłam go odczytać. Wróciłam do domu. Pospiesznie zdjęłam kurtkę rzucając ją byle gdzie i zapaliłam światło. Chciałam jak najszybciej przyjrzeć się nietypowemu prezentowi od nieznajomej. Gwóźdź był długi miał około 15 centymetrów. Widać było na nim ślady minionego czasu. Jest robiony ręcznie pomyślałam. Był ciężki. Wzdłuż miał wyryty napis. Zajrzałam do torebki. W kosmetyczce powinnam mieć lupę. Przemknęło mi przez myśl. Dwa lata temu dostałam ją w prezencie od mojego syna. Leżała nie używana, w końcu mi się na coś przyda. Przez lupkę odczytałam napis. 1597 – Agla – Edynburg. Wzięłam gwóźdź w obie dłonie. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Zamknęłam oczy. Przez chwilę zobaczyłam kobietę. Nigdy wcześniej jej nie widziałam. Była ubrana w długą suknię a włosy miała splecione w warkocze dookoła głowy. Usłyszałam muzykę. Kobieta szykowała się do tańca była szczęśliwa. Koniec. Wizja się urwała. Kolejna przyszła po kilkunastu minutach. Widzę ją znowu. Jest w górach. Siedzi nad jeziorem. Ukrywa się. Czuję przy niej strach. A potem zobaczyłam ją w mieście. Zobaczyłam ogień. Stos. Płomienie. Krzyki. Czuję swąd. Jest mi nie dobrze. Upuściłam gwóźdź na podłogę. Pobiegłam do toalety i zwymiotowałam. Spalili ją pomyślałam. Zapaliłam świecę w jej intencji. Myślami wróciłam do kobiety którą spotkałam na placu. Byłam pewna że nie była duchem. Gwóźdź dostałam od żywego człowieka. Dlaczego mi go dała. Nie wiedziałam. Ale to że czekała na mnie nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Po kilku dniach wróciłam do Polski. Gwóźdź schowałam do szuflady biurka i zapomniałam o nim.
…
Minęło kilka lat.
Zbliżały się Andrzejki. Które zamierzałam spędzić w domu. Było już dobrze po 22 kiedy usłyszałam dzwonek w drzwiach. W progu stała moja przyjaciółka Ada. Wiedźma z Podlasia.
– Sorry że tak bez uprzedzenia ale zepsuł mi się samochód 10 km stąd. Wracam ze Słowacji.
– Wejdź do środka – przepuściłam gościa przodem
– Dlaczego nie zadzwoniłaś? Wyjechałabym po Ciebie.
– Rozładował mi się telefon. Adresu też nie pamiętałam. Ale taksówkarze doskonale Cię znają. Poprosiłam żeby zawieźli mnie do wróżki Etnorii i oto jestem – Ada uśmiechnęła się do mnie a w jej policzkach pojawiły się dołeczki.
Usiadłyśmy w kuchni. Zaparzyłam herbatę. Ada mieszała cukier w filiżance. W którymś momencie popatrzyła na mnie i powiedziała.
– Ty wiesz że w Andrzejki zawsze prześladuje mnie pech. Albo zepsuje mi się samochód albo mi mieszkanie zaleje sąsiad. A dwa lata temu ukradli mi moją rytualną miotłę jak wróżyłam z kart w restauracji.
Słuchałam jej i miałam wrażenie że czas się zatrzymał. Przypomniałam sobie Andrzejkową noc w Edynburgu. Kobietę na placu i nietypowy prezent. Wstałam od stołu i poszłam do gabinetu. Z szuflady wyjęłam zawiniątko. I podałam go Adzie.
– Co to? – zapytała zdziwiona, rozwijając papier.
– To gwóźdź.
– Po co Ci on.
– Chyba jest ze srebra – powiedziała unosząc go ku górze pod światło.
– Też tak myślę.
– Powiedz mi co czujesz trzymając go w dłoni.
Ada zamknęła oczy. Po chwili je otworzyła. I położyła gwóźdź na stole.
– Kompletnie nic nie czuję. Skąd go masz?
– Dostałam go od nieznajomej kobiety w Andrzejkowy wieczór kilka lat temu.
Ada zrobiła wielkie oczy.
– Ty zawsze masz szczęście do niewyjaśnionych spraw.
Przyjrzałam się jej uważnie. Jej słowa mnie otrzeźwiły. Jak by wyrwały z letargu. Zrozumiałam że kobieta od której dostałam prezent chciała żebym wyjaśniła coś czego sama nie potrafiła zrobić.
– Dzięki- ucałowałam Adę w policzek
– Ale za co?-zdziwiła się moja przyjaciółka.
Ada została u mnie przez kilka dni.
Po jej wyjeździe pojechałam do znajomego który wykłada historię na jednym z uniwersytetów. Kraków powitał mnie śniegiem i deszczem. Ulice tonęły w śnieżnej mazi.
– Że też chciało Ci się do mnie jechać w taka pogodę – Tadeusz stał w progu swojego mieszkania i palił cygaro.
Zaprosił mnie do salonu. A ja podałam mu gwóźdź.
– Skąd go masz? – zapytał obracając przedmiot w palcach.
– Jest ze srebra. Jest bardzo stary.
– Możesz mi powiedzieć do czego służył?
– Najprawdopodobniej należał do kogoś kto czynił magię. Tego typu gwoździe można było spotkać w Anglii w XVI wieku. Wbijano je w drzwi żeby chroniły domy od złych duchów. Do naszych czasów przetrwało ich niewiele. To unikat. Ma wygrawerowaną datę i imię.
Zamknęłam oczy słuchając słów Tadeusza choć moje myśli krążyły wokół kobiety która dała mi ten nietypowy przedmiot. Kim była. Słowo Agna znaczy czarownica. Tą nazwę często stosowano w tzw. wzorach rytualnych. Używano jej przeciwko demonom. W ten sposób oczyszczano przestrzeń wokół siebie tworząc harmonię i pokój. Wszystko stało się jasne. Gwóźdź dała mi czarownica taka sama jak ja. Wiedziała że z czasem poznam jego moc i nauczę się z niej korzystać. Z jakiś powodów sama nie mogła go używać ale wiedziała jak cenny przedmiot posiada i nie chciała żeby dostał się w niepowołane ręce.
Autor Etnoria Aris



