Krople deszczu bębniły o szyby. Czerwiec miał się ku końcowi. Siedziałam w moim pokoju w półmroku otulona w ciepły koc. Moje myśli krążyły wokół tematu tegorocznych wakacji. Moja znajoma zaproponowała mi wyjazd do Albanii. Gosia kilka razy dzwoniła i ponawiała zaproszenie a ja nie mogłam się zdecydować. W końcu miałam tak serdecznie dość ulewy ze sama do niej zadzwoniłam i wyraziłam zgodę na wspólny wyjazd. Wykupiliśmy bilety do Aten. Mieliśmy tam spędzić kilka dni i wypożyczyć samochody a potem promem popłynąć na Korfu i z Korfu do Sarandy w Albanii. Naszą bazą docelową było Durres. Dotarliśmy tam po zmroku. Cudownie – pomyślałam. Adriatyk mienił się w srebrzystoszarej poświacie księżyca. A ja coraz bardziej cieszyłam się z wyjazdu. Zamieszkaliśmy w ogromnym hotelu tuż przy plaży. Luksusowy budynek ze szkła i betonu robił wrażenie. W wygodnym pokoju czekało na mnie wygodne łózko i fantastyczny widok na ocean. W nocy obudziło mnie drapanie do drzwi. Kot pomyślałam. Po godzinie drapanie ponowiło się znowu. Delikatnie otworzyłam drzwi. Kota nie było. Za to przestała działać klimatyzacja.
Uśmiechnięta recepcjonistka poinformowała mnie że żadnej awarii nie ma i a klima na pewno działa. Sprawdziłam nie działała. Poprosiłam o zmianę pokoju. Na drugi dzień wszyscy zdecydowaliśmy się na plażowanie przed hotelem. Czułam na sobie czyjś wzrok jakiś dziwny niepokój. Ale nie potrafiłam go zlokalizować. Wieczorem dwoma autobusami przyjechali węgierscy turyści. Robili takie zamieszanie że dowcipy o Polakach na wakacjach powinny przestać kogokolwiek śmieszyć. Hałas uspokoił się około 2 w nocy. Chwilę później ktoś na korytarzu zaczął nawoływać kota. Mężczyzna chodził po korytarzu najwidoczniej kota nie znalazł i w końcu wszedł do pokoju. Stałam przy uchylonych drzwiach i zupełnie nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć. Węgrzy mieszkali w tym samym pokoju co ja pierwszej nocy. Historia tej nocy powtarzała się kilkakrotnie o spaniu nie było mowy. Wirtualny kot dawał się wszystkim we znaki. Przy śniadaniu mieszkańcy z feralnego pokoju wyglądali jak siedem nieszczęść. Nie wyspani, wściekli i podrapani. Nie rozmawiałam z nimi bo mieliśmy zaplanowana wyprawę w Góry Przeklęte. Węgrów zobaczyłam dopiero wieczorem.
Domagali się zmiany pokoju ale recepcjonistka nie mogła im zaproponować nic innego z uwagi na wysoki sezon turystyczny. Tej nocy na korytarzu pojawiły się jakieś supły na zniszczonych rzemykach. I oprócz tego cały korytarz posypany był solą i popiołem. Rano nikt tego bałaganu nie sprzątał. Nie miałam wątpliwości że odprawiano rytuał odpędzający demony. Oprócz tego na drzwiach węgierskich sąsiadów pojawił się pluszowy mis powieszony za ucho. Obsługa zabroniła go ściągać. Miał chronić ludzi mieszkających w pokoju przed złymi mocami. W Albanii magia miesza się z codziennością. Wiedźmy przyjmują po kilkanaście osób dziennie. Ich Njeri Mire czyli dobra kobieta przepędziła złego ducha nękającego węgierskich turystów. Można było u niej zamawiać amulety które leczą choroby albo inne które przegonią pecha. Przez trzy tygodnie naszego pobytu Albańska czarownica urzędowała w najlepsze w pięciogwiazdkowym hotelu. Popijając cafe latte i przyjmując petentów. Wszyscy odnosili się do niej z szacunkiem. Obsługa hotelu schodziła jej z drogi a ona łaskawie pozwalała się adorować. Podeszłam do niej w ostatnim dniu naszego pobytu. Właściwie chciałam się pożegnać. Popatrzyła mi w oczy i wcisnęła mi w dłoń trzy ziarenka kawy i małe zawiniątko. Mówiła coś do mnie ściszonym głosem ale ja jej nie rozumiałam. Poprosiłam Gosię żeby przetłumaczyła.
– Ona mówi że wie kim jesteś i bardzo Ciebie szanuje. A to jest prezent od niej na pożegnanie. Masz go nosić zawsze przy sobie bo on Cię będzie zawsze chronił.
Zdjęłam z szyi mój amulet i podarowałam go kobiecie. Przyjęła go z wdzięcznością.
W drodze na lotnisko rozpakowałam zawiniątko. W środku była głowa węża.
Autor Etnoria Aris



