Kulig pędził jak szalony. Bukowina w zimowej szacie potrafi zachwycać pomyślałam. I dokładnie w tym momencie góral jadący na koniu obok moich sań odchylił się niebezpiecznie do tyłu i runął w śnieżną zaspę.
-Prrr… stop, stop, stop – nasz woźnica próbował zatrzymać rozpędzone sanie.
Odwrócił się do tyłu i popatrzył na mnie.
– Koń poniósł – powiedział jakby sam do siebie.
– Już piąty raz tędy jadę i zawsze to samo. Konie szaleją.
Wstałam z sań i podeszłam do przestraszonego zwierzęcia. Położyłam mu dłoń na spienionym pysku i natychmiast wyczułam paniczny strach. Koń miotał się i najwyraźniej był przerażony. Rozejrzałam się w koło. Wyczułam dziwną aurę która zdecydowanie mi się nie spodobała. Powietrze było przepełnione negatywną energią. Co tu się mogło stać pomyślałam.
– Siadomy, niech Panicka siado, skórą baranią opatule zeby mi nie zamarżła.
Góral był bardzo uprzejmy.
– Dziękuję. Poradzę sobie – odpowiedziałam
– Co to za miejsce?- zapytałam
-Ale wtóre – dopytywał się nasz woźnica.
– To, gdzie koń poniósł i zrzucił z grzbietu Pana kolegę.
– To nie mój kolega – wzruszył ramionami gazda. Chcąc uniknąć dalszej rozmowy.
Kulig nabierał prędkości. Mknęliśmy wśród zaśnieżonych pól i lasów. Nad nami rozgwieżdżone niebo mrugało do nas tysiącami gwiazd. Po mimo tak cudownych krajobrazów nie byłam w stanie zapomnieć o dziwnym miejscu na początku lasu.
…
Do Bukowiny przyjechałam wczesną wiosną. Była połowa marca. Śnieg już częściowo uwolnił pola z pod swojego lodowego płaszcza ale do wiosny było jeszcze daleko. Wysiadłam z samochodu i ruszyłam w dół ulicy. Starałam się odtworzyć w pamięci trasę zimowego kuligu. Coś nie dawało mi spokoju. Po godzinnym spacerze byłam dokładnie w miejscu gdzie koń stanął dęba zrzucając górala z grzbietu. Rozejrzałam się wkoło. Świeży pień po ściętym drzewie bielił się na tle poszarzałych krzaków jeżyn. Błoto na przemian mieszało się z bukowymi liśćmi. Ktoś ściął buka – pomyślałam bo nigdzie nie było widać buczyny. Zrobiłam kilka kroków. I nie mogłam oprzeć się wrażeniu że coś z tym miejscem jest nie tak. W jednej chwili mój wzrok padł na kawałek sznura który wystawał spod topniejącego lodu. Sznur był przymarznięty ale udało mi się go wyszarpać i wsiąść w dłonie. I wtedy przed moimi oczami zaczęły pojawiać się obrazy. Pojawiały się szybko i nachodziły na siebie. Zauważyłam młodą dziewczynę która wybiega z domu. Wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu. Wyczułam strach, płacz, rozpacz, brak nadziei. Chłopak klęczy przy niej. Po chwili szpital, białe kafelki. Nie, to nie jest sala szpitalna to jest kostnica. Odrzuciłam z obrzydzeniem sznur musiałam ochłonąć. Po chwili znów go podniosłam ale tym razem obrazy posuwały się znacznie wolniej. Teraz widziałam chłopaka który idzie przez las. Niesie w dłoni plastikową reklamówkę. A potem obraz znów przyspieszył. Widziałam jak wiąże supły na sznurze który pozbawił go życia. Łzy ciekły mi po policzkach. W jednej chwili wszystko stało się jasne. Górale ścieli buk na którym powiesił się chłopak. Ale nie znaleźli sznura na którym się powiesił. I nie zdołali go spalić. Ktoś kto znalazł zwłoki odciął wisielca a sznur rzucił w zarośla i dlatego konie nie chciały po nim przejść. Zwierzęta mają instynkt. Wyczuwają śmierć, zagrożenie. I nie pozwalają sobą sterować.
Autor Etnoria Aris



