– Nareszcie, Sandra z impetem usiadła za kierownicą, dajcie mi 3 minuty i możemy jechać.
Wybierałyśmy się na jesienny sabat z moimi 3 przyjaciółkami wiedźmami który co roku celebrujemy w okolicach Żywca.
– Wszystko macie- zapytała przezornie Sandra
I w tym momencie w samochodzie zapanował totalny chaos, każda z nas grzebała w bagażu robiąc potworne zamieszanie.
-Ja z Wami oszaleję – wycedziła przez zęby Sandra
– Kociołki macie?, Miotły macie? Zioła macie?
– Tak mamy, mamy – usłyszałam z tylnego siedzenia gdzie Kika z Gają wierciły się nie miłosiernie.
– No to jazda – ochoczo wykrzyknęła Sandra i samochód ruszył.
Tuż przy jeziorze Żywieckim mgła niczym gęste mleko uniemożliwiła nam dalszą jazdę.
– Musimy się zatrzymać nic nie widać – oznajmiła nam Sandra
I w tym momencie jak z pod ziemi wyrósł przed nami policyjny radiowóz . Dwóch policjantów już dziarsko kroczyło w naszą stronę.
– Sierżant Kopytko, dokumenty poproszę.
-Moje? – Sandra jeszcze nie ochłonęła z wrażenia. Patrzyła wciąż na policyjny patrol jakby przybył z zaświatów. Tym razem policjant się mocno zdziwił.
-A czyje, moje?
– Aaaa rozumiem, zaraz, zaraz momencik…..i zaczęły się poszukiwania jakiegokolwiek dokumentu które i tak nie przynosiły efektu. Po 10 minutach wszystkie stałyśmy przy samochodzie grzebiąc w kolejnych torebkach, walizeczkach, workach i woreczkach…. Policjanci przyglądali się nam z coraz większym zainteresowaniem, które z czasem przeistoczyło się w lekki szok.
– Po co Panią tyle kamieni? – dopytywał się jeden
– A te kosteczki to czyje? – wtórował mu drugi
– Proszę otworzyć bagażnik – zabrzmiało nad Naszymi głowami jak tuba jerychońska
Oho pomyślałam, jeden z nich stracił cierpliwość. Sandra posłusznie nacisnęła brelok i klapa bagażnika odskoczyła ku górze. Policjant nie spuszczając z Nas wzroku podszedł na tył samochodu i znieruchomiał.
– Michał, Michał – piszczał zmienionym nienaturalnym głosem
– Chodź tu szybko!
Drugi stróż prawa stanął obok niego i wytrzeszczył oczy.
– Co to jest? – pokazał palcem na nasze miotły, kociołki, czaszkę kota i inne akcesoria
– A to? – usiłowałam ratować sytuację
– To są takie tam narzędzia czarownicy, jedziemy na sabat.
– Gdzie jedziecie? – zapytał policjant
– Na sabat?
– Tak na sabat – odrzekła Sandra i w tym momencie od razu znalazła dokumenty
Stała obok i usiłowała wetknąć policjantom je w dłonie, ale oni zupełnie stracili nimi zainteresowanie. Patrzyli na nas jak byśmy były mieszkankami innej planety.
– O kurna – zapiszczał jeden z nich
– Babcia mi mówiła że one istnieją naprawdę. No i proszę są cztery i wszystkie żywe.
Sandra jako jedyna zachowała zimną krew.
– Możemy jechać?
Policjant nie patrząc na dokumenty oddał je Sandrze i stanowczym głosem powiedział
– Tak oczywiście.
No więc ruszyłyśmy w kierunku Żywca.
Po 3 minutach , drogę zajechał nam ten sam radiowóz. Tym razem z włączonym sygnałem świetlnym i głosowym. Policjanci podeszli do nas i ni z gruchy ni z pietruchy jeden z nich krzyknął.
– Wysiadać! Wieziecie krasnale! Tym razem ścięło mnie z nóg. Myśli kłębiły mi się w głowie i nie mogłam ich w żaden sposób ułożyć.
– Krasnale? Jakie krasnale?
Drugi stróż prawa ganiał w koło naszego samochodu próbując zajrzeć do środka.
-Pod tylnym siedzeniem je mają!
– Kika?- wymamrotała Gaja.
– Zapakowałaś Bolka i Lolka? – przyznaj się
-Miałaś ich wyrzucić.
W tym momencie Kika wysiadła z samochodu pozwalając zajrzeć zniecierpliwionemu policjantowi do środka.
– O matko i córko! – mamrotał pod nosem
– Gipsowe! Dzięki Bogu gipsowe.
– A jakie mają być krasnale? – warknęłam zniecierpliwiona całą tą sytuacją.
– No wie Pani tłumaczył policjant, czarownice prawdziwe to krasnale, kto wie? Trzeba sprawdzić.
Autor Etnoria Aris



