– Muu, zabuczała Gosia – patrząc wymownie na swojego brata
A ten zacisnął pięści i ruszył za nią w pogoni dokoła stołu
– Minęło już 10 lat. Pamiętasz ten zimowy wieczór. Wiesz że ja wtedy myślałam że umrę.
– Pamiętam – przytaknęłam
– Tego nie da się zapomnieć
Basia wyszła jeszcze za mąż w liceum. Maturę zdała w systemie wieczorowym. W naszych czasach nie do pomyślenia było żeby licealistka chodziła do szkoły w ciąży. Arek mąż Basi zaraz po ślubie wyjechał do USA do rodziny. Ona miała dołączyć do niego w ciągu roku. Ale póki co została sama jak palec w ogromnym domu na końcu wsi wśród pól i lasów. Najbliższy sąsiad mieszkał kilometr od niej. W tej pustelni niczego jej nie brakowało. Doskwierała tylko samotność. Dzidziuś miał się urodzić w marcu. Na zimowe ferie Baśka zaprosiła wszystkie dziewczyny z klasy. Zapakowałyśmy plecaki i po godzinie jazdy byłyśmy na miejscu. A od przystanku czekała nas jeszcze godzina marszu po słabo odśnieżonej drodze. W progu domu Basia powitała nas radosna i szczęśliwa. Dom był piękny a jego gospodyni ugościła nas po królewsku. Przez kolejne dni bawiłyśmy się wyśmienicie. Wspólne gotowanie, tańce, filmy z odtwarzacza wideo. A za oknem śnieg…padał, padał i padał. Po tygodniu odcięło nas od świata. Nie było widać ani drogi ani płotu. Wszystko równiutko było zasypane skrzącym się w słońcu białym puchem. W nocy do mojego pokoju przyszła Baśka.
– Etnoria – wyszeptała mi do ucha
– Chyba poród się zaczął
– Jak to przecież lekarz mówił że jeszcze 5 tygodni.
– Powiedz to dziecku które prosi się na świat – powiedziała Baśka trzymając się za brzuch i uklękła na środku pokoju.
Wyskoczyłam z łózka jak poparzona. Włączyłam na cały głos muzykę z magnetofonu i po chwili wszystkie moje psiapsiółki były przy nas. O dziwo o nic nie pytały. Patrzyły na Baśkę a sytuacja nie wymagała komentarza. O telefonach komórkowych w tych czasach mogłyśmy tylko pomarzyć. Zero kontaktu. Zero drogi. Zero pomocy. Te oczywiste fakty docierały do mnie jakby przez mgłę. Złapałam kurtkę i buty. Zaczęłam szybko się ubierać.
– Dorota idziesz ze mną zarządziłam. Reszta zostaje z Baśką.
– Mowy nie ma – złapała mnie za rękę Ewa
– Ja pójdę Ty zostajesz.
– Ja też pójdę zadeklarowała się Wiola – za nic w świecie nie chcę odbierać porodu.
– Popatrzyłam na Basię – bóle musiały się nasilać bo wyglądała kiepsko.
– Weźcie latarki i jak najszybciej biegnijcie do sąsiada.
Dziewczyny zatrzasnęły za sobą drzwi. Zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji.
– Dziewczyny, przyszykujcie ręczniki i gorącą wodę.
Kaśka bez słowa poszła do kuchni. To co działo się potem tak naprawdę opisać się nie da. Możecie mi wierzyć albo nie ale to były 2 najgorsze godziny w moim życiu. Po 2 w nocy nareszcie drzwi się otwarły. I stanął w nich mężczyzna cały zasypany śniegiem.
– Gdzie ona jest? – zapytał
Bez słowa pokazałam kuchnię. Baśka klęczała na podłodze i na kolanach kręciła się w kółko.
– Dajcie mi gorącą wodę i czyste ręczniki – zarządził
– Ale szybko. Ona już rodzi.
Po 20 minutach usłyszałyśmy krzyk dziecka. Matko kochana pomyślałam. Dobrze że lekarz zdążył. I wtedy drzwi otworzyły się ponownie a w nich stanęły moje koleżanki a za nimi ekipa karetki pogotowia.
– Gdzie Baśka? – krzyczała Wiola.
– W pokoju. Chyba urodziła lekarz jest u niej.
– Jaki lekarz? – zapytał mężczyzna w białym kitlu.
– A skąd ja mam wiedzieć jaki?
Popatrzyliśmy po sobie nic nie rozumiejąc. W progu sypialni stanął mężczyzna ocierając pot z czoła.
– Odebrałem poród. Teraz Wasza kolej.
Uśmiechnął się do medyków a mnie poprosił o kawę. Poszłam do kuchni i nastawiłam ekspres. Mężczyzna usiadł przy stole. Patrzył na mnie lekko się uśmiechając.
– Kim Pan jest? – zapytałam
– Weterynarzem, Twoje przyjaciółki narobiły hałasu na całą wioskę. Najbliższy szpital jest oddalony o 50 km. A w taką pogodę nie było żadnej gwarancji że dojadą na czas.
-Przybiegłem do Was jak najprędzej.
– Dziękuję – powiedziałam
Mężczyzna wypił spory łyk kawy. Do kuchni wszedł lekarz z karetki pogotowia.
– Jak zwykle dobra robota. – uścisnął dłoń weterynarzowi.
– Co byśmy bez Ciebie zrobili Krzychu.
– Nie wiem. Może przyjdzie czas, że to Ty mnie wyręczysz w robocie Piotrze – obaj mężczyźni wybuchnęli śmiechem.
Autor Etnoria Aris



